poniedziałek, 9 września 2013

Produkty, które zużyłam - część III

Bardzo dawno nie było tu takiego wpisu. Sama nie wiem czemu, ale zwykle nie ciągnie mnie do dodawania postów o zużytych produktach. Mam wrażenie, że jeśli już coś miało zostać opisane na blogu, to zostało opisane. Ostatnio jednak pojawia się tu mniej indywidualnych recenzji, więc zebrało się parę kosmetyków, które wykończyłam i o których chętnie napiszę kilka słów. Do kosza poleciały też niedawno opakowania po różnego rodzaju edycjach limitowanych żeli pod prysznic, balsamów do ciała i tak dalej, ale chyba nie ma sensu pisać o czymś, czego już dawno nie ma na sklepowych półkach.


Jeśli jesteście zainteresowani poprzednimi częściami tej serii, znajdziecie je tu - część I i część II.

Suchy szampon Isana (Rossmann, 10,59 zł) był u mnie już chyba rok, ale używałam go bardzo rzadko. Tak rzadko, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy się skończył. To jeden z tańszych tego typu produktów dostępnych na rynku, ale mimo to raczej kiepsko wypada finansowo, skoro wystarczył tylko na kilkanaście użyć. Samo działanie było w porządku, ale będę chyba szukać czegoś lepszego. Raczej do niego nie wrócę.

Tonik Celia (ok. 7 zł) jest już co prawda dostępny w zmienionym opakowaniu, ale mam nadzieję, że skład pozostał ten sam. Jest to jeden z moich ulubieńców, odkryty pod koniec zeszłego roku. Jak wiecie, moim kosmetykiem wszech czasów jest tonik Uroda Melisa, ale ten produkt depcze mu po piętach. Świetnie radzi sobie z kojeniem skóry wysuszonej kontaktem z wodą. Na pewno do niego wrócę.

Olejek z drzewa herbacianego The Body Shop (TBS, ok. 20 zł) kupiłam, zużyłam i właściwie niewiele mam do powiedzenia na jego temat. Podobno działa antybakteryjnie i przyspiesza gojenie, dla mnie efekty były jednak zbyt mało widoczne. Nie wykluczam, że kiedyś jeszcze wypróbuję podobny produkt, ale już nie ten od TBS. Nie wrócę do niego.

Żel pod prysznic fenjal (Rossmann, 14,99 zł) to z pewnością jeden z moich ulubionych żeli pod prysznic, jakich kiedykolwiek używałam. Jakiś czas temu pojawił się na blogu osobny wpis na jego temat, jednak myślę, że warto jeszcze raz o nim wspomnieć. Produkt fantastycznie pachnie różami, ma gęstą, kremową konsystencję i nie wysusza skóry. Dużym minusem jest niestety cena, na szczęście dość często jest ona zmieniana na promocyjną. Na pewno do niego wrócę.

Mydło do rąk w piance Bath & Body Works (B&BW, 29 zł) to bardzo ładny i przyjemny w używaniu produkt, jednak jednocześnie piekielnie drogi i niewydajny. Tempo jego znikania byłoby jeszcze do przeżycia, gdyby nie zwalająca z nóg cena. Wiem, że podczas sezonowych wyprzedaży można niektóre wersje dostać za mniej niż dziesięć złotych i wtedy można je wypróbować. Przyznam jednak, że jeśli do Polski dotrą niektóre jesienno-zimowe zapachy, które są dostępne w USA, nie wiem co będzie. Być może do niego wrócę, ale tylko jeśli będzie w dużej promocji lub jakiś zapach kompletnie mnie oszołomi.

Całkiem przyjemnie tworzyło mi się ten post i postaram się od teraz częściej wrzucać podobne. Dajcie znać, czy zgadzacie się z moimi opiniami, czy może o którymś z produktów myślicie coś zupełnie innego.

Em

P.S. Tonik Celia dostałam podczas akcji "Najlepsze dla Polek" (w moim rankingu załapał się do pierwszej trójki!), a mydło w piance B&BW podczas otwarcia pierwszego sklepu.

czwartek, 5 września 2013

Ziaja Med 50+ tonujący i matujący - wysokie, stabilne filtry na każdą kieszeń

Najbardziej lubię wpisy takie jak ten - o produktach, które mogę z czystym sumieniem polecić wielu osobom. Kiedy w czerwcu pojawiły się zapowiedzi nowych filtrów od Ziai, od razu mnie zaciekawiły. Wysoka ochrona przeciwsłoneczna z dobrej jakości składnikami jest bardzo rzadko spotykana wśród marek kosmetycznych z niższej półki. A tu proszę - za kilkanaście złotych mamy stabilne, wysokie filtry, które dodatkowo dobrze współpracują z nakładanym na nie makijażem.

Filtry są dostępne w trzech wersjach: tonującej, matującej i przeciwzmarszczkowej, ja mam dwie pierwsze. Składy możecie zobaczyć w tym wpisie, gdzie oznaczyłam też poszczególne składniki odpowiedzialne za ochronę przeciwsłoneczną. Jeśli chodzi o cenę, to w zależności od sklepu wynosi ona 13-23 zł. Serię Ziaja Med można dostać w aptekach i sklepach firmowych. Swoją wersję matującą kupiłam na stoisku Ziaja w krakowskiej Bonarce za 17 zł.

lekko roztarty filtr tonujący
Wersja tonująca ma o dziwo dość jasny odcień, który po dokładnym roztarciu dobrze stapia się z moją cerą. Bardzo się cieszę, że firma nie postawiła na coś ciemniejszego (jak to zwykle robi) i myślę, że wiele osób będzie zadowolonych z koloru. Krycie określiłabym jako średnie, więc na ciemniejszych karnacjach taki odcień może się odznaczać.

Wersja matująca ma jasny, lekko żółty kolor i jest oczywiście transparentna. Czy matuje? Nie, ale jak na filtr jest całkiem nieźle. Na pewno wielu z was spotkało się z filtrami, które pozostawiały na twarzy trudny do zmatowienia efekt wysmarowania się masłem. Tu tego nie ma - skóra nie jest co prawda matowa, ale ma jedynie lekki blask zdrowej, odżywionej cery.

Kremów używam dopiero od niedawna (około trzy tygodnie), więc nie jestem w stanie jeszcze ocenić długofalowego działania, ale na razie jestem z nich bardzo, bardzo zadowolona. 

Zastanawiasz się, którą wersję wybrać? Jeśli:
na co dzień preferujesz mocniejsze krycie wybierz wersję matującą, na którą bez problemu nałożysz swój ulubiony podkład,
szukasz produktu, który zabierzesz ze sobą na urlop wybierz wersję tonującą, która zapewni ci ochroną, ale jednocześnie wyrówna koloryt skóry i zaoszczędzi miejsce w kosmetyczce,
na co dzień preferujesz średnie krycie wybierz obie wersje i najpierw nałóż matującą, a potem tonującą.

U mnie najlepiej sprawdza się łączenie tych dwóch produktów. Wersję tonującą z chęcią zabiorę na wyjazdy, jednak trzeba z nią uważać, żeby nie przesadzić nakładając kolejne warstwy. Przy stosowaniu najpierw matującej, a potem tonującej tego problemu nie ma, a ja czuję, że moja twarz jest odpowiednio chroniona.

Myślę, że na tę chwilę filtry Ziaja nie mają żadnej konkurencji w swojej kategorii cenowej. Gorąco polecam wam ich wypróbowanie, jeśli chcecie zapewnić swojej skórze wysoką ochronę.

Em

poniedziałek, 2 września 2013

Jak w przedszkolu

Jechałam dziś rowerem przez miasto. Było już południe, więc mijałam całe masy ubranych na galowo (bądź nie) i jedzących lody (bądź nie) uczniów, którzy dziś rozpoczęli kolejny rok nauki. I tak jadąc pomyślałam sobie, że może fajnie byłoby wrócić do... no nie, na pewno nie do gimnazjum. Może do liceum? Sama nie mogłam się zdecydować, czy to dobry pomysł.

W planach miałam wizytę w dziekanacie, więc po zrobieniu kilku kilometrów zostawiłam rower przed wejściem do uczelni i poszłam prosto pod dobrze mi już znane drzwi. Zamknięte. No ale jak to? Na stronie internetowej jak byk było napisane, że po przerwie wakacyjnej dziekanat będzie otwarty od 2 września. Okazało się w końcu, że no tak to, bo choroba i zwolnienie. Oczywiście po pięciu latach studiów nawet nie przyszło mi do głowy pytać, czy nikt na całym wydziale nie potrafi umieścić takiej informacji na stronie. Nie byłam nawet zdziwiona ani zła. Nie, po prostu już wiedziałam, że nigdzie nie chcę wracać. Znów przechodzić przez całe liceum i studia? Nie, dziękuję.

Jadąc dalej pomyślałam, że najfajniej to było jednak w przedszkolu. Pamiętam, że pierwszego dnia darłam się wniebogłosy i nie chciałam puścić mamy. Po tygodniu nie chciałam już stamtąd wychodzić, a kiedy poszłam do szkoły jeszcze długo wspominałam to miejsce. Dziś moje przedszkole już niestety nie istnieje.

Zamyślona nad tym upływem czasu zatrzymałam się pod biblioteką. Wczoraj skończyłam czytać wypożyczone książki i chciałam poszukać czegoś nowego. Podeszłam do drzwi, które nagle z impetem się otworzyły i wypadła z nich kobieta. Ot, taka koło czterdziestki, zwyczajna. Wypadając z tego przybytku kultury wściekle zakrzyknęła "SUKA!", po czym... kopnęła mnie. Poważnie. Podniosła stopę, po czym kopnęła mnie w łydkę. Wychowywanie się ze starszymi braćmi na szczęście w znacznej mierze uodporniło mnie na tego typu bodźce, więc za bardzo to nie zabolało, ale... no co jest?! Zanim zdążyłam zareagować, kobieta sobie poszła, a ja stwierdziłam, że chyba nawet nie trzeba nigdzie wracać, żeby móc znów poczuć się jak w przedszkolu (oczywiście nie w tym moim, bo moje było najlepsze).

A wy co myślicie o powrocie do szkoły? Chcielibyście przechodzić przez to raz jeszcze?

Em

P.S. Pochwalę się wam też moim dzisiejszym sukcesem. Jak wiecie, mój aparat przestał działać po tym, jak wpadł w piasek. Przeczyszczenie go w serwisie miało kosztować 200 zł, podczas gdy taki sam używany model na allegro osiągał cenę 150 zł, nie miało to więc sensu. Postanowiłam jednak spróbować zrobić coś sama i wiecie co? Zadziałało! Zaoszczędziłam dwie stówki używając pędzelków do cieni i eyelinera :) Blogerka kosmetyczna potrafi!

niedziela, 1 września 2013

(zapowiedź) essence beauty beats, essence metal glam, CATRICE Arts Collection LE

essence beauty beats

eyeshadow 01 baby, baby, ooh!, 02 I'm backstage, 03 as long as you love me |
lipgloss 01 groupie at heart, 02 eenie meenie, 03 I'm backstage | 2in1 eyeliner 01 the biggest fan |
nail polish 01 baby, baby, ooh!, 02 I'm backstage, 03 as long as you love me, 04 groupie at heart |
shimmer powder 01 swaaag! | blush 01 groupie at heart | hairties |
paperprint manicure design | paperprint manicure transfer solution

essence metal glam

eyeshadow 01 steel-ing the scene, 02 petal to the metal, 03 glamour girls, 04 golden eye |
lipgloss 01 petal to ehe metal, 02 best dressed, 03 glam-me | stick on eyeliner 01 petal to the metal |
nail polish 01 steel-ing the scene, 02 petal to the metal, 03 glamour girls, 04 gold digger |
gold topper 01 steel-ing the scene | blush 01 glam-me | highlighting powder 01 gold digger |
stick on jewels 01 she's so glamorous | nail sticker 01 silver star, 02 she's so glamorous, 03 glam-me

CATRICE Arts Collection
prawdopodobnie nie będzie dostępna w Polsce
Ultimate Nail Lacquer C01 Pinkroque, C02 Forevergreen, C03 Bronze-Deco |
Eye and Face Palette 


Z edycji CATRICE raczej na nic się nie skuszę (choć te palety zawsze mnie kuszą), jednak muszę przyznać, że propozycje essence wydają się całkiem ciekawe. Jeśli jeszcze się nie zorientowaliście, pierwsza kolekcja związana jest z Justinem Bieberem (zerknijcie na te nazwy!). Pamiętacie, że w marcu byłam na jego koncercie? :) W metalicznej jest kilka interesujących produktów. Obie nie zwalają z nóg, ale trzymają poziom. Na razie - pewnie tak jak wy - i tak najbardziej czekam na nowości (te i te)!

Em

środa, 28 sierpnia 2013

Gdzie nad morze? Wyspa Sobieszewska!

Czy zanudzę was na śmierć kolejny raz wspominając o tym, że KOCHAM MORZE? Najbardziej oczywiście Bałtyk. Mieszkając na południu Polski nie mam jednak często okazji go widzieć, choć staram się korzystać z każdej możliwości. Jako dziecko i nastolatka nad morze jeździłam z rodzicami samochodem. To pozwalało nam znaleźć się na końcu świata, gdzie nie docierały pociągi, autobusy ani nawet busy. Potem, kiedy wakacje zaczęłam planować sama, szukałam miejsca, do którego bez problemu można dostać się pociągiem, ale które jednocześnie może zaoferować spokój i puste plaże. Studiując mapę polskiego wybrzeża miałam wrażenie, że takich miejsc nie ma. Potem na szczęście pojechałam na Morską Ferajnę.




Pierwsze kolonie blogerów organizowane były wraz z miastem Gdańsk, więc musiały się odbyć na jego terenie. Nigdy nie spędzałam wakacji w nadmorskim dużym mieście, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Nie byłam przekonana do gdańskich plaż (pewnie wszędzie tłumy!), ale nie mogłam też przecież przepuścić jakiegokolwiek blogowego wyjazdu nad morze (tak, jestem tą osobą, która po całym dniu prelekcji na jesiennym Blog Forum Gdańsk telepie się tramwajem na molo, gdzie wytrzymuje w czapce i szaliku pięć minut, ale w końcu jest NAD MORZEM i musi je zobaczyć). Kolonie zorganizowano na Wyspie Sobieszewskiej. Mimo znacznego oddalenia od centrum Gdańska, należy ona do miasta i można na nią dojechać zwykłym autobusem.

Morze jest oczywiście piękne jak wszędzie, nie ma nad czym się rozwodzić. Wyspa Sobieszewska może się jednak pochwalić także szerokimi, piaszczystymi plażami, które nawet w trakcie długiego sierpniowego weekendu nie były przepełnione.

Tak to wyglądało, kiedy w sobotni wieczór (przypominam, długi weekend!) wybrałam się na spacer. Cudownie, po prostu cudownie. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przekonać was, że Wyspa Sobieszewska jest świetnym wyborem na miejsce spędzenia urlopu. Blisko dużego miasta, więc w przypadku złej pogody zawsze jest co robić, ale jednocześnie w otoczeniu lasów i pięknych plaż. Mieszkaliśmy w ośrodku Alma 2, który również jak najbardziej mogę wam polecić.

Miało być o koloniach, a ja znów rozpisałam się o morzu. Więcej relacji z wyjazdu znajdziecie pod #morskaferajna na facebooku. Czworo niezastąpionych organizatorów, czyli Ilona z Blogostrefy, Ewa z Miasta Gdańsk oraz Tomek i Bartek ze Studium Przypadku wraz z Heniem z Tesco zajęli się nami na medal przygotowując wszystko i organizując wycieczki i zabawy - jak to na koloniach. Poza łowieniem bursztynów i plażowaniem... 

byliśmy w Ptasim Raju...

na spacerze po Gdańsku...


 przygotowywaliśmy konkursowe kanapki (to moja!)...

i gotowaliśmy z DinnerClub. Między innymi. To były cztery dni pełne dobrych rzeczy.





O to, żebyśmy mieli co jeść i czytać, czym się bawić, myć i smarować zadbali Miasto Gdańsk, Tesco,  ŻywiecOrganique, Ziaja, Puffins i Czarna Owca. Wszystkie te ładne zdjęcia zrobiła Aga.

A teraz najważniejsze, czyli KONKURS. W nagrodę za to, że dotarliście do samego końca wpisu, możecie wziąć w nim udział. Do wygrania jest weekend na Wyspie Sobieszewskiej dla dwóch osób, żebyście sami mogli się przekonać, jakie to świetne miejsce. Po prostu napiszcie, jak byście go spędzili. Może być krótko, może być długo, byle nie wierszem. Zgłaszajcie się zostawiając komentarz pod tą notką (podajcie też swój adres mailowy, żebym mogła się z wami potem skontaktować) lub pisząc na lusterko.em.blog@gmail.com do 5 września. Wybiorę trzy osoby, które przejdą do konkursowego finału, w którym będą brać udział także czytelnicy innych blogów - reszta już niestety nie zależy ode mnie. Powodzenia!

Em

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bałtycki piasek na paznokciach: Lovely Baltic Sand nr 3 (swatche)


O piaskowych lakierach od kilku miesięcy czytałam na przeróżnych blogach, niektórymi swatchami nawet się zachwycałam, ale jakoś nie mogłam zdecydować się na zakup konkretnego odcienia. W końcu postanowiłam spróbować wybierając coś z najtańszej i najłatwiej dostępnej marki Lovely. Spodobała mi się wersja o numerze 3, czyli błękitna baza ze srebrnymi drobin(k)ami, a po zobaczeniu efektu na paznokciach przepadłam. Od teraz kocham piaskowe lakiery i mam zamiar znaleźć dla nich miejsce w swojej kolekcji.

Lakier ma pojemność 8 ml i można go kupić za 7-8 zł w prawie każdej drogerii Rossmann. 
Ma dość duży, niewygodny pędzelek, ale do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy.

Uwielbiam jego piaskową, nieregularną fakturę i to, jak drobinki brokatu błyszczą w słońcu. Z zaobserwowanych reakcji otoczenia wynika, że tego typu świecidełka na paznokciach albo się kocha, albo nienawidzi. Mnie efekt podoba się bardzo, w końcu raz na jakiś czas można zaszaleć :) Fajne jest to, że lakier jest bardzo oryginalny i na blogowych koloniach wystarczył jeden rzut oka na dłonie Stelli z bloga Pół człowiek, pół matka, żebym go bezbłędnie rozpoznała.

Z racji tego, że mój zastępczy aparat nie chwyta zbliżeń, które mogłyby pokazać lakier w całej okazałości, zerknijcie też na Lakierową Manię Mani, a dokładniej TU i TU.

Po tym pierwszym razie, moja ochota na piaskowe lakiery tylko wzrosła. U Mani zobaczyłam czarno-srebrny Paese, na który pewnie wkrótce się skuszę, ale mam ochotę na więcej! Co możecie mi polecić?

Em

piątek, 23 sierpnia 2013

Idealna zawartość wyjazdowej kosmetyczki

Jak już wiecie, ostatni długi weekend spędziłam nad morzem na gdańskiej Wyspie Sobieszewskiej. Dlaczego warto się tam wybrać i jak sami możecie wygrać taką wycieczkę - o tym w najbliższym czasie. 

Dziś pokażę wam, jakie kosmetyki zabrałam ze sobą na drugi koniec Polski. Tym razem udało mi się spakować idealną ich ilość - (prawie) niczego mi nie brakowało, wszystkiego używałam, a ciężar został maksymalnie zmniejszony. Nad morze jechałam sama, autobusem z Krakowa, dlatego mogłam zabrać tylko taką ilość rzeczy, z jaką swobodnie będę mogła się przemieszczać: z domu na dworzec, z dworca do kolonijnego autobusu, z autobusu do domków, w których mieszkaliśmy.





Dodam jeszcze, że udało mi się pożyczyć aparat, którym przez jakiś czas będę robić zdjęcia do notek (mój wpadł na koloniach do piasku). Jest to najzwyklejsza małpka, nie mająca prawie żadnych ustawień manualnych, co jest ogromnym ograniczeniem, zwłaszcza przy typowych dla mojego bloga zbliżeń. Zrobienie zdjęcia lakierowi na paznokciach jest prawie niewykonalne, ale będę jeszcze próbować. Przy okazji byłabym wdzięczna za polecenie w miarę dobrego aparatu do 1500 zł, ponieważ na razie sama zupełnie nie ogarniam tego tematu, a przydałoby się szybko zdecydować na coś nowego.

Tam, gdzie to było możliwe, postawiłam na produkty w chusteczkach Cleanic, które są lekkie i nie zajmują dużo miejsca. Prawdziwym niezbędnikiem były chusteczki do higieny intymnej, które są niezastąpione podczas długich podróży. Dezodorant w chusteczkach również spisał się nieźle, za to chusteczki do demakijażu zupełnie nie radziły sobie z podkładem czy wodoodpornym tuszem i przez to brakowało mi jednak jakiegoś płynu micelarnego.

Pozostałą część pielęgnacji stanowiły miniaturki: balsam do ciała Bath & Body Works, odżywka do włosów Nivea, żel pod prysznic Nivea i łagodny żel myjący Johnson's Baby, którego używałam do mycia twarzy i włosów.

Jedynym pełnowymiarowym produktem, jaki wzięłam, był filtr Ziaja, który planowałam w razie czego używać też do ciała. Na noc nakładałam krem Johnson's Baby. Pozostałe dwa produkty to typowe niezbędniki - pasta do zębów Elmex i płyn do soczewek Bausch & Lomb.

Kolorówki wzięłam minimalną ilość, ale wystarczającą do zrobienia pełnego makijażu: mój ulubiony obecnie podkład Catrice (klik), puder Synergen nakładany pędzlem Sephora (klik), fantastyczny róż w kremie essence (klik), korektor w higienicznej tubce Bourjois, najlepsze masełko do ust Nivea (klik) i lekką pomadkę Maybelline (klik).

Na koniec dorzuciłam parę produktów do oczu: kredki essence (klik) i Avon, żel do brwi My Secret, niezastąpioną bazę pod cienie Urban Decay (klik), wodoodporny tusz do rzęs Maybelline i cień w kremie essence (klik).

Na miejscu okazało się, że z części produktów mogłam zrezygnować, ponieważ zadbali o nie partnerzy Morskiej Ferajny.
Ziaja zapewniła nam ochronę przeciwsłoneczną (dzięki czemu będę mogła porównać dla was mój matujący filtr do twarzy z tym tonującym!). Słońce było momentami naprawdę mocne i mimo nakładania wodoodpornej emulsji dla dzieci SPF 30, złapałam trochę opalenizny.

Ziaja pomyślała też o tym, że mogą nam przeszkadzać komary, za co kocham ich niezmiernie! Całkiem serio: ten spray z czerwonymi napisami (drugiego jeszcze nie używałam) działa cuda i będę mu od teraz wierna w każde wakacje.

Organique sprezentowało nam za to prawdziwie kolonijnie wyglądające i wakacyjnie pachnące mydełka :)

Tym razem zawartość mojej wyjazdowej kosmetyczki była optymalna i spisała się na medal. Ciekawe, czy dla was to dużo/mało/w sam raz?

Pozdrawiam (jeszcze) kolonijnie!

Em

P.S. Część pokazanych tu produktów dostałam jakiś czas temu od poszczególnych firm, są to: chusteczki Cleanic, balsam B&BW, masełko Nivea, podkład Catrice, róż i kredka essence.