Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bazy pod cienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bazy pod cienie. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2016

NAJWIĘKSZE KOSMETYCZNE HITY WSZECH CZASÓW

Setki marek, tysiące produktów, miliony recenzji. Przemysł kosmetyczny jest ogromny i łatwo można się w nim pogubić. Cieszę się więc za każdym razem, kiedy trafię wśród tego wszystkiego na prawdziwą perełkę. Mam w swojej kosmetyczce produkty, które są według mnie idealne i które będę kupować, dopóki nie przestaną ich produkować. To moje kosmetyczne hity wszech czasów, które zachwalam, komu się da, chcąc, żeby więcej osób odkryło ich świetne właściwości. Dziś polecę je także wam!

środa, 4 listopada 2015

Mój codzienny makijaż — produkty, po które sięgam prawie każdego dnia

W mojej kolekcji kosmetyków znajduje się sporo fantastycznych produktów, które uwielbiam, ale z jakichś powodów rzadko po nie sięgam. Tak jest między innymi z kolorowymi cieniami i kredkami do powiek, które kiedyś gościły w moim makijażu codziennie, a obecnie muszę mieć na nie ochotę i najlepiej jeszcze dodatkową chwilę czasu, żeby zastanowić się, jak je połączyć. Nie ma co ukrywać — na co dzień najlepiej sprawdzają się neutralne odcienie, nad którymi nie trzeba za bardzo myśleć, i sprawdzone produkty, które zapewnią dobry wygląd przez cały dzień. Zauważyłam, że od kilku tygodni mój makijaż opiera się prawie codziennie na tych samych kosmetykach, dlatego postanowiłam pokazać je w nowym wpisie. To, co widzicie na zdjęciach, to zestaw, który wystarcza do zrobienia pełnego makijażu dziennego. Nie ma tu jedynie różu (mój ulubieniec został już niestety wycofany, więc nie ma co się nad nim rozwodzić) i produktów do ust (tutaj szaleję i zmieniam kolor nawet kilka razy dziennie).

wtorek, 11 listopada 2014

NIEZŁA VS. IDEAŁ, czyli porównanie baz pod cienie Too Faced i Urban Decay

Baza pod cienie to jeden z produktów, który dokonał prawdziwej rewolucji w moim podejściu do makijażu. Od kiedy zaczęłam się malować, używałam cieni do powiek, jednak zawsze były z nimi jakieś problemy - nierówno się nakładały, blakły, a najczęściej po kilku godzinach rolowały się w załamaniu. Od kiedy trafiłam na bazę idealną, zniknęły wszystkie te problemy, a na moich powiekach równie dobrze trzymają się cienie za kilka złotych, jak i te za kilkadziesiąt. Przetestowałam dwa najpopularniejsze kosmetyki tego typu - Too Faced i Urban Decay - i właśnie jeden z nich stał się jednym z największych hitów wśród całej mojej kolorówki.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kosmetyki do makijażu Dr Irena Eris PROVOKE - pierwsze wrażenia


Kilka dni temu pokazywałam wam na instagramie zdjęcie produktów do makijażu z nowej serii Dr Irena Eris PROVOKE. Kosmetyki te pojawiły się w niektórych Rossmannach kilka tygodni temu, więc zdążyłam już zobaczyć je na żywo. Po przyjrzeniu się testerom najbardziej spodobały mi się produkty do twarzy - róże, bronzery i rozświetlacze. 

W ramach konkursu dla blogerek dostałam pięć produktów: modelator twarzy, dwójkę cieni, tusz do rzęs, kredkę do brwi i bazę pod cienie. Każdy kosmetyk zapakowany jest w osobny kartonik, opakowania również są bardzo eleganckie - tu nie mam się do czego przyczepić, naprawdę wygląda to nieźle.

Przez ostatnie dni wypróbowałam produkty na ile się dało i mam już wyrobione wstępne zdanie na ich temat.

piątek, 3 stycznia 2014

13 kosmetycznych hitów 2013 roku


Blogi kosmetyczne mają to do siebie, że czasem wśród setek wpisów z recenzjami i swatchami ciężko jest wyłapać te najlepsze produkty. Końcówka roku to świetna okazja, żeby zbiorczo pokazać prawdziwe hity. Rok temu opublikowałam notkę 12 najlepszych kosmetyków 2012 roku, którą również polecam przejrzeć. Częściowo pokryje się ona z tą dzisiejszą (niektóre hity są ponadczasowe), jednak tylko kilkoma pozycjami. Zapraszam do zobaczenia mojej TOP 13 2013.

1. Paleta cieni Urban Decay Naked 2
Słynną paletę Naked mam od stycznia i początkowo niewiele wskazywało na to, że znajdzie się ona w ulubieńcach roku. Byłam trochę zawiedziona tym, że niektóre cienie się osypują i nie ze wszystkimi łatwo się pracuje. Kiedy jednak robiłam listę hitów do tej notki zorientowałam się, że co by o nich nie mówić, były to na pewno najczęściej używane przeze mnie cienie w 2013. Najważniejsze jest tu zestawienie kolorystyczne, idealne na dni "nie wiem jak się pomalować". Z pewnością warto mieć taką neutralną paletę (niekoniecznie tę) w swoim kosmetycznym zbiorze.

2. Baza pod cienie Urban Decay
Pojawiła się w zeszłorocznym zestawieniu i pewnie pojawi się też w kolejnych. Dla mnie jest to kosmetyk wszech czasów, z którym się nie rozstaję. Po nałożeniu tej bazy każdy (KAŻDY!) cień trzyma się świetnie. Niestety właśnie wygrzebuję z opakowania resztki, ale przy najbliższej okazji kupię nową sztukę.

3. Krem BB CATRICE 010 Light Beige
To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale z czasem okazało się, że tworzymy razem zgraną parę. Jeśli nie chce mi się kombinować z podkładem, a potrzebuję średniego krycia, zawsze sięgam po ten produkt. Świetnie dopasowuje się do koloru skóry i nie wysusza jej, bardzo dobrze też sprawdza się na wyjazdach, ponieważ najlepiej aplikować go palcami.

4. Krem BB Under Twenty
Jeśli nie potrzebuję krycia, a jedynie delikatnego wyrównania kolorytu, stawiam na ten krem. Właściwie to ostatnio sięgam po niego prawie codziennie, bo bogata konsystencja gwarantuje mi brak podkreślonych skórek, a jasny kolor na pewno nie będzie się odznaczać, nawet jeśli produkt nałożę w pośpiechu. Bardzo dobry krem tonujący, polecam także osobom, które dopiero zaczynają przygodę z podkładami.

5. Błyszczyk Celia Woman nr 04
Z przyjemnością wspominam o tym produkcie, ponieważ jest naprawdę świetny, a do tego polski i tani! To taki pewniak - można szybko pomalować nim usta i być pewnym, że wygląda dobrze. Ma wygodny aplikator, nie klei się i mam ochotę wypróbować więcej kolorów (poprosiłam o nie w liście do Mikołaja, ale stwierdził, że za dużo mam mazideł do ust, uwierzycie?!).

6. Masełka do ust Nivea
Wspominałam już o nich wielokrotnie, ale po prostu muszą się tu znaleźć. Najlepsze balsamy do ust, jakich do tej pory używałam. Na pewno będę do nich często wracać.

7. Mgiełka do twarzy z wit. E The Body Shop
Niezbędnik na mojej toaletce. Spryskuję nią twarz po nałożeniu makijażu, który wtedy lepiej stapia się z cerą. Produkt pięknie pachnie różami i rozpyla się delikatną mgiełką. Szkoda tylko, że w Krakowie nie ma już TBS.

8. Pędzle Sephora
Przez lata zebrałam kilkanaście tych pędzli i nie wyobrażam sobie bez nich makijażu. Trzymają się świetnie (najstarsze mają 6-7 lat!) i żałuję tylko, że Sephora nie wypuszcza nowych modeli, bo mam już prawie wszystkie.

 9. Żel do mycia twarzy Pharmaceris N
Jest delikatny, bardzo dobrze się pieni na szczoteczce (niestety niektóre żele mają z tym problem), zmywa z twarzy wszystkie pozostałości makijażu i nie wysusza skóry. A dodatkowo jest bardzo wydajny - przez kilka miesięcy zużyłam nieco ponad połowę.

10. Szczoteczka do mycia twarzy Shiseido
Jest i wspomniana szczoteczka, z którą nie rozstaję się od kilku miesięcy. Dzięki niej mam uczucie wyjątkowo dobrze oczyszczonej skóry. Jest naprawdę miękka, więc nie powinna podrażnić żadnej skóry.

11. Krem Lirene do skóry suchej i bardzo suchej
W tym roku używałam kilku różnych kremów, ale ten chyba zrobił dla mojej skóry najwięcej dobrego - sprawił, że nawet w jesienno-zimowym okresie nie jest nadmiernie przesuszona. Koi ją po myciu twarzy i zapewnia ochronę, a dodatkowo dobrze się rozprowadza, pięknie pachnie i jest stosunkowo tani.

12. Nić dentystyczna Oral-B Pro-Expert
Mercedes wśród nici dentystycznych :) Jest po prostu najlepsza i cały czas do niej wracam.

13. Eliksiry do włosów Green Pharmacy
Skończyłam jedną butelkę i zabrałam się za następną. Jako nie-włosomaniaczka nie przyglądam się na tyle swoim włosom, żeby móc stwierdzić, czy eliksir jakoś specjalnie wpłynął na ich stan. Wiem za to jedno - dzięki niemu łatwiej rozczesać włosy po myciu, nałożony nawet w dużej ilości nie obciąża ich, a dodatkowo sprawia, że są bardziej miękkie.

To właśnie moja trzynastka hitów 2013, każdy z nich mogę wam z czystym sumieniem polecić, bo są to prawdziwe perełki. Dajcie znać, czy choć część z nich pokrywa się z waszymi ulubieńcami minionego roku.

Trzymajcie się ciepło!

Em

P.S. Produkty Celia, Eris, Nivea, CATRICE i Green Pharmacy zostały mi kiedyś przekazane do przetestowania.

czwartek, 23 sierpnia 2012

(nowość, swatche) essence stay all day, long lasting eyeshadow, 08 the magic must go on

Rozpoczynam dziś serię postów o nowych produktach w stałym asortymencie essence. Na razie nowości można spotkać w niektórych drogeriach Super-Pharm, ale już wkrótce powinny pojawić się także w każdej innej szafie essence.



Jednymi z produktów, na które czekałam najbardziej, były nowe odcienie cieni do powiek w kremie stay all day: 07 jim-me blue, 08 the magic must go on i 09 for fairies.

Cienie mają 5,5g, zostały wyprodukowane w Niemczech, są ważne 12 miesięcy od otwarcia i kosztują 11,99 zł.




Odcień 08 the magic must go on to jasny fiolet z różowymi drobinkami. Byłam nim od początku zainteresowana, bo bardzo lubię wykonywać makijaż oczu w takich odcieniach.

stay all day long lasting eyeshadow 08 the magic must go on - dwie warstwy
Pierwsze testy produktu niestety mnie rozczarowały. Mam już dwa inne odcienie cieni stay all day (04 stars & stories i 06 rock chic) i byłam przekonana, że nowe będą różnić się jedynie kolorem. Niestety, jest to zupełnie inny produkt. Konsystencja jest bardziej miękka (coś jak w edycji a new league), a sam cień znacznie gorzej napigmentowany.


Samodzielnie na powiece nie wygląda dobrze, chyba że ktoś lubi naprawdę ekstremalnie delikatne kolory. Postanowiłam więc wypróbować go po prostu jako bazę pod inne cienie i tu na szczęście sprawdził się - jak wszystkie inne cienie w kremie essence - fantastycznie. 

Inglot 420 Pearl | essence stay all day 08 the magic must go on + Inglot 420 Pearl


Najlepsze połączenie, jakie do tej pory dla niego znalazłam, to to z jednym z moich ulubionych cieni Inglot - 420 Pearl. Szaro-fioletowy odcień położony na essence stay all day, staje się dużo bardziej wyrazisty.  Dodatkowo, cień w kremie świetnie spisuje się jako baza - przedłuża trwałość i zapobiega zbieraniu się produktu w załamaniach powieki. Ja co prawda z przyzwyczajenia i dla pewności i tak zawsze stosuję bazę Urban Decay, ale na potrzeby tego wpisu na kilka dni z niej zrezygnowałam i muszę przyznać, że nie zauważyłam znacznej różnicy.

Tak do końca nie wiem, jak powinnam ocenić ten kosmetyk. Początkowo bardzo mnie zawiódł, zwłaszcza brakiem pigmentacji, jednak trzeba przyznać, że jako baza pod inne cienie sprawuje się świetnie. Nie żałuję więc, że mam go w swojej kolekcji, jednak jeśli inne nowe odcienie mają podobną formułę, dwa razy zastanowię się nad ich zakupem.

Mam nadzieję, że seria postów o nowościach essence pomoże wam zdecydować, na jakie produkty warto zwrócić uwagę tej jesieni :) A do północy macie jeszcze czas, by zgłosić się do konkursu, w którym do wygrania jest róż essence miami roller girl.


P.S. Produkt został mi przekazany do pokazania na blogu.

poniedziałek, 23 maja 2011

Swatches: Essence You Rock!

Hej!

Na początku chciałam podziękować wam za cierpliwość w oczekiwaniu na tę notkę. Wiem, że miała pojawić się już dwa dni temu, ale ponieważ u mnie ostatnio dużo się dzieje (dobrego :) ), nie miałam za bardzo czasu, żeby nad nią popracować. I taka też będzie, trochę niedopracowana, nie wszystkie zdjęcia dobrze wyszły, nie zdążyłam zreperować suchych skórek przy paznokciach i tak dalej, ale mam nadzieję, że mimo to dobrze będzie wam się ją czytało (a raczej oglądało).

W czwartek w Krakowie (Filrity) pojawiła się nowa limitowanka, You Rock! Bardzo się z tego ucieszyłam, bo akurat na nią czekałam i jak widać poniżej, kupiłam wszystko (poza jednym lakierem, który według mnie jest bury i brzydki).

Zacznijmy od palety cieni 01 Rock Chick's Palette.
Paleta zawiera sześć cieni (2,4g), czarną kredkę (1g ) i pędzelko-pacynkę. Kosztuje 17,99 zł i jest ważna 18 miesięcy od otwarcia.

Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się opakowanie. Jest poręczne, wykonane z grubej tektury, zamykane na magnes. Cienie w środku chronione są folią, a tasiemka na środku ułatwia wyciąganie kredki i aplikatora. 
Bardzo ciężko było mi uchwycić swatche cieni w ostrym dziennym świetle, dlatego trochę się z tym namęczyłam. Tutaj nałożone są na bazę z tej samej limitowanki. Pigmentacja nie jest tak zła, jak by się mogło wydawać, na bazie kolory są dobrze widoczne i myślę, że świetnie będą się nadawać do dziennych makijaży. Mnie najbardziej urzekła mięta. Warto też dodać, że róż (pierwszy z lewej na drugim zdjęciu) jest bardziej widoczny, niestety aparat w ogóle nie chciał go uchwycić.

Czarną kredkę dołączoną do paletki udało mi się już wypróbować na oku. Jest całkiem niezła, ale z pewnością można znaleźć lepsze. Odcień czerni jest wystarczająco czarny, żeby na niego nie narzekać, ale z pewnością smoliście czarnym nazwać go nie można. Trochę się rozmazuje i dość łatwo ściera przy potarciu, ale na wyjazdach, jeśli weźmiemy ze sobą tylko tę paletkę, spokojnie da sobie radę.

Podsumowując, zgadzam się z opiniami, że paletka jest trochę za droga, ale mi wszystko wynagradza opakowanie i sam jej wygląd. Jak wiadomo, jestem kolekcjonerką limitowanek Essence, więc tego produktu nie mogło u mnie zabraknąć. Z pewnością dobrze sprawdzi się na wiosenno-letnich wyjazdach.

Skoro jesteśmy już w temacie oczu, kolejnym produktem jest baza pod cienie 01 Rock Chick's Base.
Ma 2,1 ml, została wyprodukowana w Niemczech, jest ważna 6 miesięcy od otwarcia i kosztuje 9,99 zł.

Na skórze zostawia lekką, złotą poświatę z niewielkimi drobinkami. Nie chciałabym się jeszcze wypowiadać na temat jej trwałości, ale jak tylko lepiej ją potestuję, zrobię notkę porównawczą baz, które posiadam (Joko Virtual, My Secret, Catrice, Urban Decay i tej). Z pewnością dobrze wybija kolor nałożonych na nią cieni. Sama ma dość suchą konsystencję, podobną do bazy Catrice. Rozprowadza się ją łatwo, ale trzeba uważać, bo może podkreślać suche skórki na powiekach.

Prawdopodobnie moimi ulubionymi produktami są lipstainy.
Mają 1,8 ml, zostały wyprodukowane w Niemczech, są ważne 6 miesięcy od otwarcia i kosztują 8,99 zł.
Usta bez niczego
 01 Let Me In Rose
 02 Your Pink Is On Fire
 I jeszcze dodatkowo 02 Your Pink Is On Fire & lipgloss XXXL Shine 05 Super Girl
Są naprawdę fajne. Całkiem nieźle się je nakłada, jednak trzeba rozcierać je palcami, bo pisak  nie jest tak precyzyjny. Mają okropny, gorzki smak - ale czuć go tylko jeśli przypadkiem poliżemy usta zanim lipstain zaschnie (a zajmuje mu to jakieś 5 sekund). Kolor wtapia się w usta i nie zostawia śladów na niczym (ani nikim ;) ). Według mnie trzeba nałożyć potem jakiś błyszczyk lub choćby balsam, to jeszcze bardziej podbija kolor i usta nie wyglądają na suche. Nie wiem dokładnie ile się utrzymują, ale z pewnością parę godzin. Ja je bardzo polecam. :)

Tradycyjnie już dopadłam też lakiery do paznokci.
Mają 7 ml, zostały wyprodukowane we Francji i kosztują 7,99 zł. Opakowania bardzo ładnie wyglądają, ale trzeba uważać, bo plastik z którego wykonana jest zakrętka jest dość miękki i łatwo może pęknąć przy odkręcaniu.

05 Speed Of Light Blue & 03 Kings Of Mints

Nie wiem dlaczego, ale blady, błękitny odcień 05 wydawał mi się być podobny do mini lakieru H&M... dopóki ich nie porównałam. Do tej pory wydawało mi się, że to właśnie ten z H&M ma jasnoniebieski odcień, ale w porównaniu wygląda zupełnie inaczej. ;) Speed Of Light Blue (2 warstwy) bardzo mi się podoba i myślę, że będzie świetnie wyglądał w lecie. Z kolei Kings Of Mints (świetna nazwa!) jest kopią lakieru z poprzedniej limitowanki, Blossoms etc... Na zdjęciu widać jednak, że nałożony dwiema warstwami wciąż trochę prześwituje, I Like jest trochę bardziej kryjący.

04 Let Me In Pink

Wiem, że zdjęcie nie wyszło najlepiej, ale to jedyne na którym kolory są w miarę dobrze oddane. Let Me In Pink podoba mi się chyba najbardziej ze wszystkich tych lakierów, to taki brudny, zgaszony, malinowy odcień. W przeciwieństwie do Love This City nie ma w sobie nic z gumy balonowej. Jest na dodatek dość kryjący, wystarcza jedna warstwa.

02 Love, Peace and Purple

Ten odcień z kolei wyobrażałam sobie zupełnie inaczej. Wydawał mi się dużo bardziej fioletowy, jednak z porównaniu z lakierem Bell wypada bardzo szaro i nijako. Może po prostu nie jest to odpowiedni odcień na tę porę roku i przekonam się do niego kiedy nadejdzie jesień. Ale nazwa jest urocza. :) I dobrze kryje już przy jednej warstwie.

Pielęgnacyjny bonus, czyli mgiełka do ciała Rock Chick's Refresher.
Ma 100 ml, została wyprodukowana w Polsce, jest ważna 12 miesięcy od otwarcia i kosztuje 8,99 zł.
I... naprawdę jest bardzo fajna! Pachnie delikatnie, waniliowo. Nie jest to mocny ani nachalny zapach, wyczuwalny jest przy psiknięciu i chwilę po. Nie traktowałabym tego produktu jako zamiennika dla perfum. Świetnie nadaje się do odświeżenia, kiedy jest nam gorąco, bo rozpyla się idealną, delikatną mgiełką.

Na koniec gadżet do torebki, czyli składana szczotka z lusterkiem.
Kosztuje 5,99 zł i niewiele więcej można na jej temat powiedzieć. :)


Ufff, to już koniec. Czyli zdążyłam z dodaniem notki przed końcem dzisiejszego dnia z czego bardzo się cieszę, bo wiem, że parę z was zastanawia się co kupić z tej limitowanki. Także... zdecydowaliście się na coś? A może moja opinia odwiodła was od jakiegoś zakupu? Chętnie poczytam wasze komentarze!